Młodzież i Starzeż wspólnie pognała w grudniowe pola,
lasy. Bernardowe tereny. Najstarsi szaleli jak oszalali, Bodek wpadł w poorany
galop i wyciągnął resztę.
Kto zwinny nadążał a kto Jaremka, ten nie bardzo ale
ambitnie starał się nie wypaść na ostrych bruzdowych zakrętach. Polne
smakowitości i wszyscy skupieni na jednym, co to było? Co to było, to już tego
nie ma, tajemnica sfory.
Po kaczawsku
wędrowaliśmy, na przełaj, gdzie nosy pociągną, omijając śniadające sarny, które
nie kwapiły się do zmyknięć. Potem weszliśmy w klimaty skandynawskie, podmokłe,
barwne i śliskie.
Gabra uczyła córki, za
którym tropem najwarciej, Pliszka i Pietruszka pilnie znikały zawąchane na
amen. Trąbka przypominała, że pora na biszkopcik i w dalszą drogę. Kąpiele w
niedzielę i błota po łopatki, MajLo zachłannie gromadziła na sobie ile las i
błotniste kałuże dały.
Wiosenny grudzień, śniegu ni widu, ni w prognozach.
Psiejstwu jakoś z tego powodu nie smutno, bierze, co dają. Słonecznie,
pachnąco, świetliście.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dziękuję