Ferie zimowe spędziłam na zimowisku z Gangiem Cety i młodszym rodzeństwem. Wysypiałam się na szefowej. To były krótkie chwilki, bo głównie czuwałam nad bezpieczeństwem stada, wypatrując zagrożeń. Teraz odsypiam :) Zimowisko było bardzo udane, spacery w pola, obserwacja maluszków i wygrzewanie przy kominku... Checholubiatacja to raj dla miejskiego Cardigana ze wsi :)
Ranek był obrzydliwie mokry i spacer południowy zapowiadał się nieciekawie. Wyszłyśmy i razem z nami wyszło słońce. Trzeba było to słońce zabrać na Koziniec, bo z daleka prezentował się smakowicie. Poza tym chciałam odwiedzić tamtejsze sarny, bo są tam zawsze. Tym razem też były. Nie udało nam się wejść na szczyt, bo był oblodzony i podejście okazało się zbyt niebezpieczne dla moich łapek. Mimo to wyprawa bardzo nas ucieszyła. Las wokół Kozińca jest wspaniały i można było popatrzeć na Karkonosze. No i słonko zaraz jak wróciłyśmy do domu, schowało się za chmury.
Niby jeden dzień różnicy a jakie zmiany. Wózki przeprowadzają się spod marketów do lasu, ludzie biegają po lesie boso i bez koszulek, komary łażą po śniegu... Tylko śnieg jest tak samo fantastyczny i ja tak samo uwielbiam zimowe szaleństwo :) Nawet jak wieje, że aż się przewracam i pada, że trudno mnie dojrzeć w zamieci. Noworoczny spacer zapisuję do udanych. Czekam co dalej... :)